Luka1989 pisze:
Nie neguję zasadności części Twojej argumentacji odnoszącej się do iluzoryczności bezpieczeństwa absolutnego oraz ograniczeń wszelkich kontraktualnych mechanizmów regulujących dynamikę relacyjną. Oczywistym pozostaje, iż nawet najbardziej sformalizowana semiotyka granic czy procedur asekuracyjnych nie jest w stanie całkowicie wyeliminować emergentnego ryzyka wpisanego w interakcje o charakterze intensywnie psychofizycznym.
Jednakże odnoszę wrażenie, iż momentami dyskurs zaczyna dryfować z obszaru polemiki ku formie epistemologicznej hermetyzacji stanowiska, gdzie odmienna optyka interpretacyjna zostaje zredukowana do przejawu niedostatecznej refleksyjności lub „niewtajemniczenia”. Tymczasem sama idea forumowej deliberacji implikuje wielogłosowość, a nie aksjomatyczne uprzywilejowanie jednej narracji kosztem pozostałych.
Etymologicznie i funkcjonalnie dyskusja nie służy reprodukowaniu jednolitego paradygmatu światopoglądowego, lecz konfrontacji odmiennych konstruktów pojęciowych oraz weryfikacji ich spójności w przestrzeni argumentacyjnej. Inaczej łatwo popaść w sytuację, w której język przestaje pełnić funkcję komunikacyjną, a zaczyna pełnić funkcję selekcyjną — ustanawiając symboliczną hierarchię pomiędzy „rozumiejącymi” i „nierozumiejącymi”.
Dlatego nie odbieram obecności safewordu jako degradacji autorytetu czy erozji dynamiki władzy, lecz jako jeden z wielu artefaktów kulturowo wypracowanej metodologii redukcji ryzyka, która współistnieje — a nie konkuruje — z kompetencją, intuicją oraz doświadczeniem interpersonalnym.
Nie neguję zasadności części Twojej argumentacji odnoszącej się do iluzoryczności bezpieczeństwa absolutnego oraz ograniczeń wszelkich kontraktualnych mechanizmów regulujących dynamikę relacyjną. Oczywistym pozostaje, iż nawet najbardziej sformalizowana semiotyka granic czy procedur asekuracyjnych nie jest w stanie całkowicie wyeliminować emergentnego ryzyka wpisanego w interakcje o charakterze intensywnie psychofizycznym.
Jednakże odnoszę wrażenie, iż momentami dyskurs zaczyna dryfować z obszaru polemiki ku formie epistemologicznej hermetyzacji stanowiska, gdzie odmienna optyka interpretacyjna zostaje zredukowana do przejawu niedostatecznej refleksyjności lub „niewtajemniczenia”. Tymczasem sama idea forumowej deliberacji implikuje wielogłosowość, a nie aksjomatyczne uprzywilejowanie jednej narracji kosztem pozostałych.
Etymologicznie i funkcjonalnie dyskusja nie służy reprodukowaniu jednolitego paradygmatu światopoglądowego, lecz konfrontacji odmiennych konstruktów pojęciowych oraz weryfikacji ich spójności w przestrzeni argumentacyjnej. Inaczej łatwo popaść w sytuację, w której język przestaje pełnić funkcję komunikacyjną, a zaczyna pełnić funkcję selekcyjną — ustanawiając symboliczną hierarchię pomiędzy „rozumiejącymi” i „nierozumiejącymi”.
Dlatego nie odbieram obecności safewordu jako degradacji autorytetu czy erozji dynamiki władzy, lecz jako jeden z wielu artefaktów kulturowo wypracowanej metodologii redukcji ryzyka, która współistnieje — a nie konkuruje — z kompetencją, intuicją oraz doświadczeniem interpersonalnym.
To najwyższy czas odnieść się z proporcjonalnym szacunkiem do tych "artefaktów" a nie podnosić banały do wyższej rangi ratunkowej.